Wednesday, August 31, 2011

Sydney – Grafitti II

Kolejna część pisana na blogu właśnie się pisze, ale póki co, aby moi czytelnicy się nie nudzili, zapraszam na obejrzenie kilku kolejnych zdjęć sydnejskich grafitti.
















Monday, August 15, 2011

Sydney c.d. – nieruchomości i inne.


Tak. Banany są na tyle drogie, że stały się niemalże dobrem luksusowym jak złoto czy diamenty. W kawiarni, jednej z wielu obok której przechodzę codziennie rano, przy drzwiach wejściowych jest nawet potwierdzająca moje słowa notka…




„Ani gotówka ani banany nie są przechowywane w lokalu."


Nieruchomości

Sydney, tak jak w zasadzie i Melbourne poza centrum nie przypomina naszych polskich miast. Bardzo rzadko można napotkać wysokie bloki mieszkalne czy nawet mini osiedla.
Przeważają szeregowce. Im bliżej centrum tym w zasadzie starsze, gdyż budowane często w okresie napływu osadników z Europy czy innych części świata, na początku XX wieku. Przez swój wiek bywają w bardzo różnym stanie. Duża część jest ładnie odnowiona i utrzymana, ale zdarzają się też domy, których świetność już dawno temu przeminęła. Co mi się w nich podoba to dosyć specjalne zdobienia, chyba wykonane z żeliwa, oraz metalowe kolumny podtrzymujące tarasy. Wszystkie te domy mają dosyć wąskie fronty, ciągną się natomiast dosyć głęboko, a za nimi często jest malutki ogródek i… mini uliczka.





Tutaj często jest taki system, że mamy na ulicę, do której skierowane są wszystkie fronty domów, a na ich tyłach mamy malutkie uliczki pozwalające dostać się na tył nieruchomości.
Dzięki temu mimo iż nieruchomości są w zabudowie szeregowej, jeden dom obok drugiego, nie ma problemu by np. przywieźć rośliny do ogródka.

W ogłoszeniach nieruchomości raczej nie widuje się metrażu. Najważniejsze informacje to ilość sypialni, ilość łazienek oraz ilość miejsc parkingowych. Co ciekawe, przyjmuje się, że oprócz sypialni w mieszkaniu zawsze jest salon, chyba, że od razu zaznacza się, że jest to tzw. studio. Wtedy mamy do czynienia najczęściej z jednym pokojem, połączonym z kuchnią i jedną łazienką.






Ceny nieruchomości, jak wszędzie, są dosyć wysokie. Za dom w zabudowie szeregowej, z dwoma lub trzema sypialniami, trzeba zapłacić około 600 tysięcy dolarów australijskich, a często taki dom nadaje się tylko do remontu. W dobrym stanie trzeba zapłacić około 1 mln.
W telewizji australijskiej jedne z bardziej popularnych programów dotyczą właśnie renowacji domów, przebudowywaniu ich, etc. Obok wielu programów i turniejów kulinarnych, programy typu Renovators czy The Bloks biją rekordy popularności.
Oczywiście poza footie.

Footie to rugby. Nie pytajcie mnie na czym polega ta gra – dla chcących dowiedzieć się więcej polecam film Invictus. Wiem natomiast tyle, że jak jest footie w telewizji, wszystkie oczy zwrócone są na ekrany i lepiej wtedy nie kibicować drużynie przeciwnej. Australijczycy mają trzy ligi rugby i kiedy jest sezon dla wielu z nich nie liczy się nic innego. No może jeszcze krykiet, który jest również bardzo popularny, ale sezon zaczyna się bliżej lata.

Wednesday, August 10, 2011

Sydney c.d.


Wiem, że od przyjazdu do Australii ilość wpisów mocno zmalała. Cóż, nie mam chyba nic na swoją obronę. Tłumaczenie nic nie da, więc tylko mogę spróbować się poprawić.

Na początek jeszcze wrócę do wątku podobieństw i różnic pomiędzy Australią, Polską i Europą.

Kilka może tematów z życia codziennego na początek.

Żywność

Przez wspominaną przeze mnie już we wcześniejszych postach multi kulturowość, w sklepach mamy spory wybór składników niezbędnych do przyrządzenia smakołyków kuchni indonezyjskiej, chińskiej czy japońskiej. Żeby ugotować coś polskiego nie powinno być większego problemu o ile pójdziemy do właściwego sklepu, gdyż nie wszędzie można dostać „polskie” produkty.

Ogólnie dostępne w sklepach są „polskie ogórki” konserwowe, szkoda tylko, że nie są wcale polskie. Jedne jakie spotkałem były wyprodukowane w Indiach kolejne w Indonezji…
Można też spotkać w co lepszych sklepach kiszone ogórki Krakusa – całkiem smaczne, choć mojego Taty lepsze. :)




Jeśli chodzi o mięsa, to można kupić prawie wszystko, choć niektóre podroby, np. wątróbka, dostępne są tylko w wyspecjalizowanych sklepach – w supermarketach nie ma co takich rzeczy szukać.

Co ciekawe wybrane opakowania produktów mięsnych mają naklejkę o nie dodawaniu hormonów w procesie produkcji mięsa… Przez analogię można przyjąć, że te bez naklejki są faszerowane m.in. hormonami.



To samo tyczy się jajek. Dostępne na półkach są różne typy: z chowu klatkowego, z chowu zagrodowego (znaczy biegają swobodnie w hangarze) oraz z wolnego chowu (free range) cokolwiek to znaczy. Są jeszcze jajka typu organicznego (organic) – czyli teoretycznie jak najbardziej naturalne i najzdrowsze. I znów, tak jak w przypadku mięsa, spotykamy czasem napisy na opakowaniu, że nie zawierają antybiotyków, a może należało by raczej powiedzieć, że kury, które zniosły jajka nie były faszerowane antybiotykami. Czyli jeśli na opakowaniu nie ma takiego napisu, możemy spodziewać się dodatkowej „wkładki” w posiłku.



Swoją drogą nie wiem czy te napisy wymagane są przez prawo czy jest to chwyt reklamowy firm. Spróbuje się jeszcze tego dowiedzieć.

Na półkach sklepowych jest też bardzo duża ilość gotowej żywności. Nawet naleśniki są z plastykowego opakowania – wystarczy dodać wodę.

Osobiście uważam takie produkty za ogłupiające i zbędne. Jakaż znowu filozofia zrobić ciasto naleśnikowe a po co jeszcze opakowywać coś takiego w plastykową butelkę? Że niby co? Żeby konsument nie pomylił się ile ma dodać wody?




Nie pamiętam kiedy ostatni raz jadłem banana. Chyba gdzieś w Malezji. Od czasu powodzi w Queensland, gdzie było dużo plantacji, ceny bananów w Australii osiągnęły przerażające wartości. Ciekawe jak długo to potrwa.