Tuesday, June 28, 2011

Póki co zdjęcia

Wiem, że od dawna nie pisałem nic na blogu. Przyznam się szczerze, że trochę nie wiedziałem o czym pisać i ciągle szukam tematu. W każdym razie zacząłem już pisać i w najbliższych dniach powinienem umieścić również „pisanego” posta.

A póki co kilka kolejnych zdjęć ze spacerów.

Do zobaczenia!

Widok na operę z mostu Harbour.

Jeden z publicznych promów wożących pasażerów przez zatokę.
Spracerem po moście Harbour.
Dzieciaki ćwiczą na deskorolkach zanim ruszą na fale z deską serfingową.

Sesja ślubna w basenie na Bondai Beach.

Po pływaniu, rzut okiem na fale uderzające w plaże Bondai.

Stado serferów czekających na dobrą falę.

Chwilę się zastanawiał czy wejść do wody, ale wszedł.

– Zobacz kochana jakie piękne fale.

Na dziś koniec. Zimno w nogi.


– Dwie kawki z mlekiem poprosze!
Pies fryzjerki z Surry Hills.
Ściana domu w Surry Hills.


Tuesday, June 21, 2011

Sydney

Dziś znów krótko. 



Drugiego czerwca miałem samolot Tiger Airlines z Melbourne do Sydney. Z dość dużym wyprzedzeniem udałem się na dworzec skąd miałem złapać autobus na lotnisko Avalon, które jest oddalone od Centrum o jakieś pięćdziesiąt pięć kilometrów. Po pobycie w Azji spodziewałem się stada przewoźników. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że na miejsce jeździ tylko jeden przewoźnik z częstotliwością ok. 1,5 h. Na moje nieszczęście autobus, którym bym zdąrzył na samolot odjechał siedem minut wcześniej...

Moje poszukiwania, by znaleźć jakiś inny transport na lotnisko zakończyły się fiaskiem, więc już byłem pewien, że nie dojadę na czas. Na szczęście udało mi się namówić młodego Francuza, który również jechał na to samo lotnisko, aby pojechał ze mną taksówką. Dzięki temu zapłaciłem za taksówkę tylko trochę więcej niż za autobus i dotarłem bezpiecznie na czas.

Odprawa poszła szybko i sprawnie i już chwilę później siedziałem w samolocie. Wyluzowana obsługa co chwilę rzucała żarciki, nawet kapitan mówił śmiesznym slangiem.
Lot trwał krótko i ujrzałem Sydney...

Sydney z okna samolotu.

Budynek opery w Sydney.

Takie miejscowe ptaki penetrują tutejsze śmietniki.

Korzenie.

Coś dla Vegan.

Kot w Newtown.

Budynek opery i fragment centrum Sydney.

Centrum Sydney.

Takie ptaki potrafią zwinąć kanapkę.

Jedna z wielu restauracyjek Sydney.

Nocą w deszczu.

Szukając mieszkania a Newtown.  fot. Agnieszka Lupa

Sunday, June 19, 2011

Great Ocean Road

Za namową Michała, u którego zamieszkałem wybrałem się na wycieczkę po Great Ocean Road. Jest to jedna z najsłynniejszych dróg biegnących wzdłuż południowego wybrzeża.



View Larger Map



Podróż zaczęła się wcześnie rano. O siódmej zostałem zabrany z miejsca zbiórki i razem z kierowcą i przewodnikiem w jednej osobie, Chris’em zbieraliśmy resztę uczestników wycieczki. Jako, że byłem pierwszy mogłem wybrać sobie miejsce w busie, więc wybrałem to obok kierowcy, dla lepszych widoków. Chris był osobą bardzo energetyczną i wszystko o czym opowiadał było „super”, „wspaniałe”, „niewiarygodne” itd. Było przez to całkiem zabawnie podczas całej podróży.

Great Ocean Road została zbudowana po I wojnie światowej prze weteranów wojennych. W tamtych czasach w Australii nie było za różowo z pracą, więc rząd postanowił zatrudnić weteranów na budowie. Jak się później okazało, był to jeden z lepszych pomysłów, bowiem dla owych żołnierzy była to swoista terapia zbiorowa po traumie wojennej. Tak czy siak, chłopaki nakopali się ręcznie kilofami i łopatami. Wcześniej dostęp do niektórych miejsc był bardzo utrudniony i dostępny jedynie przez transport morski. Obecnie jest to jedna z bardziej znanych dróg w Australii, swoisty odpowiednik Route 66 w USA. Piękne widoki, dużo zakrętów, morze i wesoła atmosfera – był to naprawdę super dzień.

Zresztą zobaczcie zdjęcia.

Droga długa jest... niewiadomo czy ma kres...


Mimo iż nie było fal kilku surfurów próbowało szczęścia.

Młody duchem surfer.

Nasz przewodnik i kierowca, Chris.

W razie gdyby ktoś zapomniał, jeździmy po lewej stronie w Australii.


Śpiące Koala.


Główna atrakcja Great Ocean Road czyli Dwunastu Apostołów – chociaż po prawdzie jest ich siedmiu.

Południowe klify Australii.

Kolejny widok na Dwunastu Apostołów.

Brama jednej z zatoczek.




Na koniec muszę przyznać, że miasta miastami, ale właśnie takie widoki kojarzą mi się z Australią i już nie mogę się doczekać kolejnych wypadów w busz i dzicz :)

Saturday, June 18, 2011

Melbourne

Pierwsze dni pobytu w Melbourne spędziłem głównie na zwiedzaniu miasta.
Od razu rzuca się w oczy to trochę inna flora i fauna. W parkach i przydomowych ogródkach można spotkać palmy i różne dziwne roślinki, a nad głową często można usłyszeć i zobaczyć skrzeczące kolorowe papugi. Trochę jak w zoo. Tylko nie ma wybiegów…

Jako, że nie przeszła przez Australię żadna wojna ciągle są obecne w doskonałym stanie różne budowle z końca dziewiętnastego i początku dwudziestego wieku.
Poza tymi szczegółami, wszystko przypomina mi Wielką Brytanię i USA. W zależności od dzielnicy, itp. Tylko ludzie są inni. Wszyscy na luzie, niemalże od razu przechodzą na Ty, dodając w rozmowie „My Love - kochanie”, „Mate - kumplu”, „Brother - bracie”.
A niemalże na wszystko mają jedną odpowiedź – „No worries! – bez zmartwień!
Miałem na początku spore kłopoty, by zrozumieć australijski akcent, ale po kilku dniach już było łatwiej. Ciągle jeszcze się uczę miejscowej „gwary”.

W Melbourne zamieszkałem w hostelu, gdyż nie udało mi się znaleźć kanapy „Couchsurfingu”. Dzięki przyjaciołom z Polski udało mi się jednak przenieść do Michała i Rachel – polsko-australijskiego małżeństwa, które przyjęło mnie pod swój dach, dzięki czemu poczułem się trochę jak w Polsce. W tym miejscu jeszcze raz dziękuję Wam za gościnę! Było super!

Jest już u mnie bardzo późno, więc dziś mało do czytania, więcej zdjęć.

Widok na centrum Melbourne.

Centrum Melbourne.

Centrum Melbourne.

Centrum Melbourne.

Centrum Melbourne.

Grafitti w centrum Melbourne.

Powiadają, że Melbourne żyje kawą - coś w tym jest.

Aktor studenckiego teatru.

Samorodek złota ważący 746 uncji – przy obecnych cenach warty ponad 1,14 mln $ – eksponat Muzeum Melbourne.

Jedna z Tarantul w Muzeum Melbourne, wystawa poświęcona owadom.

Budynek i fontanna nieopodal Muzeum Melbourne.

Fragment jednej z plaż miasta.